~ ZAWIESIŁAM SIĘ ~
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą masa solna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą masa solna. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 marca 2010

Wymianka z okazji Dnia Kobiet

To druga wymianka, w jakiej brałam udział. Ponieważ dostałam już prezent i wiem także, że mój prezent dotarł do adresatki, chcę pokazać, co też poczta nosiła między nami.

Zacznę jednak od małej niespodzianki, którą przygotowałam dla Jeniulki. Jeniulka, choć była jedną ze współorganizatorek tej wymianki, niestety, musiała się z niej wycofać. Szybko więc powstał pomysł, by przygotować dla niej prezent-niespodziankę, do którego każdy chętny mógłby się dołożyć. Od razu postanowiłam przyłączyć się do tej akcji i szybko powstał taki drobny upominek:


Przygotowałam: karteczkę z życzeniami oraz zakładkę do książek haftowaną krzyżykami. Do paczuszki dołączyłam również czerwone kolczyki i kilka herbatek, ale zapomniałam zrobić zdjęcie. Cieszę się, że mogłam komuś zrobić niespodziankę, choćby taką malutką. Jeniulce jeszcze raz życzę wszystkiego dobrego, tym bardziej, że w marcu będzie obchodzić urodziny!

 Osobą, która została dla mnie wylosowana do wymianki, była Milenka. Ucieszyłam się, gdy dowiedziałam się po przeczytaniu jej bloga, że jesteśmy rówieśniczkami. Zasady wymianki zobowiązywały do przygotowania prezentu składającego się z: kartki z życzeniami, prezentu wykonanego własnoręcznie dowolną techniką, czegoś dotyczącego miasta czy regionu, z którego pochodzimy, czegoś słodkiego i czegoś jeszcze, co chcemy podarować, a co nie mieści się w powyższych punktach. Oto mój prezent dla Milenki:

 
  
  
  
  
  
  
  

Przygotowałam: kartkę z kwiatami pergamano, w środku wkład pergamano oraz wiersz Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej "Ogród"; komplet biżuterii: kolczyki oraz bransoletka (zdjęcia tego nie oddają, ale wykorzystałam koraliki w trzech kolorach: czerwonym, fioletowym oraz pomarańczowym; każdy kolczyk to 21 koralików); mały albumik o Rawie Mazowieckiej, miasteczku, z którego pochodzę (prezentuję tylko okładkę i pierwszą stronę); zawieszki z masy solnej w kształcie serc, ozdobione serwetkami i wstążeczką. Do tego dołączyłam: pudełko ciastek (obiecałam sobie, że w ramach wymianek będę wysyłać słodkości robione przeze mnie, ale ponieważ postanowiłam na Wielki Post nie jeść słodyczy, nie mogłam wysłać nic własnego, bo nie miałby kto spróbować i upewnić mnie, że smakuje...), kilka herbatek oraz trochę muliny - zapomniałam zrobić zdjęcie całości...

Jak już pisałam wyżej, dostałam informację od Milenki, że prezent dotarł do niej już w czwartek i że bardzo się jej podoba - cieszę się więc ogromnie!

A teraz prezent, którym ja zostałam obdarowana! Przesyłka dotarła do mnie już w czwartek, jednak dopiero wczoraj miałam możliwość zrobić zdjęcia przy dziennym świetle. Niespodziankę przygotowała dla mnie Mirelka ze Źródełka Marzeń. Oto, co dostałam:

  
  
  
  
  
  

Dostałam: karteczkę ze słońcem narysowanym przez potomstwo Mirelki; łapacz snów (bardzo się przyda, bo ostatnio śnią mi się same głupoty!); dwie gwiazdki robione na szydełku; dwie białe serwetki; kawałek pięknego materiału w kwiaty; dwa kawałki cudnych koronek. W paczce znalazłam jeszcze słoik domowego soku z wiśni i KinderBueno, ale znów zapomniałam zrobić zdjęcia, a szkoda, bo sok był przepięknie zapakowany!

Mirelko, bardzo Ci dziękuję! Łapacz snów już wisi na swoim miejscu (ale nie mogę pokazać zdjęcia na dowód tego, gdyż mam nieciekawy widok za oknem), sok faktycznie wspaniale smakuje jako dodatek do gorącej, wieczornej herbaty, zaś mój narzeczony ucieszył się ze słodkości (oj... ja też uwielbiam KinderBueno, ale muszę dotrzymać wielkopostnego postanowienia!). Wszystko, co znalazło się w paczce, bardzo mi się podoba, więc gorąco dziękuję! I jeszcze jedno: nie martw się, że nie masz zdolności do robienia kartek - Twoja Pociecha ma talent! :-)

A na końcu bardzo dziękuję Dziewczynom z Szafy za zorganizowanie tak udanej wymianki!

czwartek, 11 lutego 2010

Wymianka Walentynkowa

Kontynuując opowiadanie o moich "pierwszych razach" muszę napisać o pierwszej blogowej wymiance, w jakiej brałam udział. Była to wymianka walentynkowa organizowana przez Ulę, której serdecznie dziękuję za czuwanie nad tą wspaniałą zabawą!

Każdy prezent miał składać się z trzech elementów: kartki walentynkowej, czegoś ręcznie robionego dowolną techniką oraz jakichś słodkości.

Zacznę od prezentu, który ja przygotowywałam dla wylosowanej dla mnie osoby. Była nią Pani Maria z blogu Moteczek. Przyznam, że nie było mi łatwo podjąć decyzję, co chciałabym podarować, w efekcie czego przygotowałam kilka drobiazgów. Bardzo mi zależało, by prezent się spodobał, po pierwsze dlatego, że to w ogóle moja pierwsza zabawa tego typu; po drugie dlatego, że uwielbiam obdarowywać! Oto, co przygotowałam dla Pani Marii:

 
 
  
  
  
  
 
 

Przygotowałam: kartkę z bukietem kwiatów, w środku wkład pergamano oraz wiersz Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej "Zakochani"; etui na chusteczki higieniczne z aplikacjami krawieckimi w kształcie serc; wisior na bazie kaboszonu z serduszkiem*; zawieszki z masy solnej w kształcie serc, ozdobione serwetkami i koronką. Do tego dołączyłam kilka herbatek oraz pudełko kruchych ciastek w kształcie serca wraz z przepisem na nie (tylko o zrobieniu zdjęcia przypomniało mi się dopiero, gdy całość została zapakowana.) Mam głęboką nadzieję, że wszystko się spodobało, włożyłam wiele serca w przygotowanie tej niespodzianki, co sprawiło mi wiele, wiele radości!

Teraz czas na pochwalenie się tym, co ja dostałam w ramach wymianki. Przesyłka dotarła do mnie wczoraj. Miałam niezły orzech do zgryzienia, bowiem po nazwisku nadawcy nie umiałam zgadnąć, kto przygotował dla mnie niespodziankę. Musiałam więc interweniować u Uli, która pomogła mi rozwiązać tę zagadkę (dopiero później dostrzegłam, że na odwrocie kartki istnieje adres bloga autorki!). Z uśmiechem od ucha do ucha chwalę się, jakie to prezenty otrzymałam od Asi z blogu Isana88:

 
  
 
  
  
  
  

Dostałam: karteczkę z sercem wyhaftowanym krzyżykami oraz złotą myślą Arystotelesa; pocztówkę  ze Świdnicy; bieżniczek z motywem serca; zakładkę do książek; zawieszkę w kształcie serca;  dwa kawałki kanwy i trzy motki muliny; herbatę brzoskwiniowo-rumiankową oraz słodycze (które nie doczekały sesji fotograficznej, o moja żarłoczności!).

Asiu, jeszcze raz gorąco Ci dziękuję za cudny prezent walentynkowy! Naprawdę widać, ile czasu musiałaś poświęcić na przygotowanie tych wszystkich skarbów! Tak jak wczoraj napisałam na Twoim blogu, zakładka już znalazła miejsce w wypożyczonej dziś nowej książce, bieżniczek zdobi mój stolik, a serduszkowa zawieszka póki co wisi przy lampce nocnej, ale szukam dla niej takiego miejsca, bym zawsze mogła mieć ją przy sobie! A jeśli chodzi o zaproszenie do Świdnicy - kusisz mocno tymi widoczkami z pocztówki, kto wie, gdzie pojadę na majówkę...?

Osobiście jestem bardzo zadowolona z tej wymianki, dlatego z przyjemnością zapisałam się na kolejną. Teraz przygotowuję w tajemnicy prezent z okazji Dnia Kobiet, gdyż już wiem, kogo mam obdarować. Mam też pomysł na niespodziankę wielkanocną, więc również niecierpliwie czekam  na losowanie. Marzę tylko o tym, by doba była dwa razy dłuższa niż jest! Na szczęście jutro odbędzie się ostatni egzamin, po którym będę miała tydzień ferii - w moim przypadku nie oznacza to tygodnia wolnego, gdyż czeka mnie do napisania kilka projektów i prac zaliczeniowych, ale postaram się trochę odpocząć.

* Żeby było sprawiedliwie, muszę napisać, że biżuterią zrobioną z kaboszonów zainspirowała mnie Ipsa - ale więcej napiszę o tym niebawem!

poniedziałek, 1 lutego 2010

Aniołków ciąg dalszy

Dwa posty niżej napisałam, że z powodu aparatu odmawiającego posłuszeństwa nie udało mi się sfotografować wszystkich aniołków, które wykonałam jeszcze przed Bożym Narodzeniem, a które przetrwały upadek na podłogę. Udało mi się jednak zrobić im zdjęcia w minioną sobotę, a na koniec zgodziły się nawet na wspólne pozowanie.

 
  
  
  
 

Zdaję sobie sprawę z ich niedoskonałości, ale czy ktoś z nas jest doskonały? A mówiąc poważnie - praktyka czyni mistrza, nie zamierzam więc wstrzymywać produkcji aniołków, gdyż jest to jeden z moich ulubionych motywów! Za chwilę właśnie wybieram się do kuchni, by popracować z masą solną, ale tym razem będą to klimaty walentynkowe.

środa, 27 stycznia 2010

Pierwsze zabawy z masą solną

Napisałam w pierwszym poście, że nie będę wracać do tego, co robiłam kiedyś. Pomyślałam jednak, że może warto zamieścić tu kilka zdjęć z bliższej czy dalszej twórczej czy pseudo-twórczej przeszłości - przynajmniej po to, by kiedyś móc ocenić ewentualne postępy. Albo pośmiać się z siebie samej.

Dziś chciałam pokazać moje pierwsze aniołki z masy solnej. Powstały w grudniu ubiegłego roku i w pierwotnym zamiarze miały być gwiazdkowymi upominkami. Nie byłam z nich jednak wystarczająco zadowolona. O ile "surowe" tworzywo bardzo mi się podobało, o tyle pomalowane już mniej... Lista moich zastrzeżeń wygląda następująco:
Po pierwsze - miałam zaledwie sześciokolorowy zestaw farb.
Po drugie - nie miałam wystarczająco cienkiego pędzelka, by precyzyjnie malować szczegóły.
Po trzecie - w wilgotnym mieszkaniu masa solna nie schnie, a nawet porządnie wysuszona w piekarniku szybko nabiera wilgocie i mięknie.
Po czwarte, najważniejsze - pudełko z aniołkami (i serduszkami, które chciałam zawiesić na choince) spadło  na podłogę i z całej mojej zabawy pozostały tylko cztery skrzydlaki...
Po piąte - akumulatorki w aparacie odmówiły posłuszeństwa i udało mi się zrobić zdjęcia tylko tym anielicom:



 

Zdjęcia tego nie oddają, natomiast skrzydełka ozdobione są złotym  brokatem. Widać też wyraźnie, że aniołkowi w granatowej spódnicy pękło serce - może na skutek wypadku i straty współtowarzyszy...?

Masa solna daje wiele możliwości, przyjemnie mi się z nią pracowało. Wykorzystałam najprostszy przepis: mąka i drobna sól w proporcji 1:1 oraz letnia woda w takiej ilości, by ciasto było elastyczne. Kolejne elementy sklejałam ze sobą, delikatnie zwilżając je wodą. Ulepione aniołki położyłam na papierze śniadaniowym (tylko to miałam w domu, zapasy papieru do pieczenia i folii aluminiowej zostały zużyte podczas przedświątecznej produkcji pierniczków) i suszyłam kilka godzin w piekarniku. I tu czas na uwagę: suszenie na papierze nie było dobrym pomysłem, gdyż w niektórych miejscach przywarł on do masy i miałam problem z jego usunięciem. Następnym razem spróbuję użyć do tego folii aluminiowej. Po wysuszeniu pomalowałam je farbami plakatowymi i kilkakrotnie spryskałam bezbarwnym lakierem w spray'u. Wydaje mi się jednak, że zwykły lakier w puszce, nanoszony pędzlem czy gąbką, lepiej by się sprawdził, a przynajmniej byłby bardziej wydajny.

Jak już pisałam wyżej - nie jest zbytnio zadowolona z efektu końcowego, ale na pewno będę jeszcze bawić się masą solną ze względu na jej uniwersalne zastosowanie. Chciałabym też wypróbować inny przepis (z dodatkiem kleju) oraz ozdabianie techniką serwetkową. Prawdopodobnie jednak zaczekam z tym do wiosny, gdy zrobi się cieplej i moim aniołkom nie będzie zagrażała wilgoć.